Wydawca treści Wydawca treści

Samochód

Czy mogę wjechać samochodem do lasu? Skąd mam wiedzieć czy droga jest publiczna czy leśna? Czy strażnik leśny może nałożyć mandat? - odpowiedzi na te i inne pytania.

Czy mogę wjechać samochodem do lasu?

Zasady udostępniania lasów są precyzyjnie opisane w rozdziale 5. Ustawy o lasach.  Wynika z niej, że ruch motorowerem, pojazdem silnikowym (samochodem, motocyklem czy quadem), a także zaprzęgiem konnym dopuszczalny jest tylko drogami publicznymi. Każdym pojazdem można wjechać do lasu drogą leśną tylko wtedy, gdy jest wyraźnie ona oznaczona drogowskazami dopuszczającymi ruch (np. wskazany jest kierunek i odległość dojazdu do miejscowości, ośrodka wypoczynkowego czy parkingu leśnego). Nie dotyczy to inwalidów, którzy poruszają się pojazdami przystosowanymi do ich potrzeb.

Uwaga! Na drogach leśnych nie muszą być ustawione szlabany i znaki zakazujące poruszania się po nich, gdyż zakaz ten wynika wprost z zapisów ustawy o lasach. Obowiązuje on cały rok, nie tylko w okresie zagrożenia pożarowego.

Także jazdę konną po lesie ustawa dopuszcza tylko drogami wyznaczonymi przez właściwego nadleśniczego.

Wszystkie te przepisy nie dotyczą pracowników nadleśnictw w czasie wykonywania obowiązków służbowych, właścicieli lasów w ich własnych lasach, osób wykonujących i kontrolujących gospodarkę leśną, służb ratujących zdrowie i mienie ludzkie (policja, straż pożarna, pogotowie ratunkowe), myśliwych wykonujących zadania gospodarcze oraz właścicieli pasiek zlokalizowanych w lasach.

Skąd mam wiedzieć czy droga jest publiczna czy leśna?

Nie ma, niestety, jednolitego i czytelnego systemu oznakowania dróg publicznych biegnących przez lasy. Jest to obowiązek zarządcy drogi, który powinien oznakować drogę zgodnie z zasadami wynikającymi z przepisów ruchu drogowego oraz ustawy o lasach. Najlepiej kierować się ogólną zasadą wjeżdżania samochodem do lasu tylko tam, gdzie wyraźnie pozwalają na to znaki drogowe. Zgodnie z ustawą o lasach nie ma obowiązku oznakowania znakami zakazu dróg, gdzie nie wolno wjeżdżać. Należy zatem stosować zasadę, że droga nieoznakowana nie jest dopuszczona do ruchu.

Nadleśnictwa ustawiają tablice informacyjne z drogami wyznaczonymi do ruchu i miejscami parkingowymi. Można także szukać takich informacji w urzędach gmin i punktach informacji turystycznej.

Gdzie zostawić samochód wybierając się do lasu?

Wybierając się do lasu należy samochód pozostawić w miejscu oznaczonym jako parking lub miejsce postojowe. Zgodnie z art. 29 ustawy o lasach tylko tam można bezpiecznie parkować. Każde nadleśnictwo przygotowuje sieć parkingów leśnych oraz miejsc parkowania pojazdów. Informacje o nich można znaleźć na stronie internetowej nadleśnictwa. Najłatwiej na nią trafić wpisując adres www.lasy.gov.pl, a potem wybierając odpowiednią dyrekcję regionalną i nadleśnictwo.  

Nie należy pozostawiać samochodów przed szlabanami i na poboczach dróg, nawet jeśli są one dopuszczone do ruchu, ponieważ utrudnia to ich gospodarcze wykorzystanie.

Czy strażnik leśny może zatrzymać samochód i wylegitymować kierowcę?

Strażnik leśny, podobnie jak inni pracownicy Służby Leśnej, którzy mają uprawnienia strażnika leśnego, mogą, zgodnie z art.29c Ustawy prawo o ruchu drogowym, zatrzymywać pojazdy i legitymować kierowców na terenie lasów. Jeżeli kierowca pojazdu nie zastosował się do przepisów i znaków drogowych dotyczących zakazu wjazdu, zatrzymywania się i postoju obowiązujących na terenie lasów musi liczyć się z tym, że strażnik leśny może go zatrzymać, wylegitymować i wydać polecenie co do zachowania się na drodze. Jeżeli samochód przewozi drewno lub zachodzi uzasadnione podejrzenie, że kierowca popełnił w lesie przestępstwo, strażnik leśny może zatrzymywać pojazd do kontroli także poza terenem leśnym.

Zgodnie z zapisami ustawy o lasach strażnik leśny ma także prawo do legitymowania innych osób, np. świadków wykroczeń i przestępstw, nakładania oraz pobierania grzywien (mandatów karnych), odbierania za pokwitowaniem przedmiotów pochodzących z przestępstwa lub wykroczenia oraz narzędzi i środków służących do ich popełnienia.

Należy się liczyć także z tym, że wobec osób uniemożliwiających kontrolę strażnik leśny ma prawo stosować środki przymusu bezpośredniego łącznie z użyciem broni.

Czy strażnik leśny może nałożyć mandat?

Strażnik leśny i pracownik Służby Leśnej mający uprawnienia strażnika np. leśniczy,  ma prawo do nałożenia grzywny w formie mandatu karnego o wysokości od 20 do 500 złotych. Grzywny są nakładane za wykroczenia określone w kodeksie wykroczeń (np. wjazd i parkowanie pojazdu w miejscu niedozwolonym, niszczenie grzybów i grzybni, płoszenie, zabijanie dzikich zwierząt, niszczenie lęgów ptasich mrowisk itd.), w ustawie o ochronie przyrody (np. wypalanie roślinności, uszkadzanie drzew i krzewów) oraz za wykroczenia określone w prawie łowieckim.

Kodeks postępowania w sprawach o wykroczenie stanowi, że grzywny są nakładane w zasadzie w formie mandatu kredytowanego, wręczanego sprawcy wykroczenia za pokwitowaniem odbioru. Mandat staje się prawomocny po pokwitowaniu jego odbioru przez ukaranego, a należność grzywny należy uiścić w terminie 7 dni na konto widniejące na blankiecie mandatu.

W przypadku gdy sprawcą wykroczenia jest osoba czasowo przebywająca na terenie naszego kraju lub osoba nie mająca stałego miejsca zamieszkania i pobytu, nakłada się mandat karny gotówkowy. W takiej sytuacji należność wpłaca się od razu osobie, która nałożyła mandat.

W sytuacji, gdy wyrządzona szkoda jest znaczna (np. skradziono drewno, zniszczono fragment lasu, budowlę lub urządzenie) i kwalifikuje się to do wyższej kary niż pięćsetzłotowy mandat, strażnik leśny występuje do sądu z wnioskiem o ukaranie i pełni rolę oskarżyciela publicznego. Wtedy grzywnę nakłada sąd, który dodatkowo może także orzec np. wypłacenie nawiązki za spowodowaną szkodę.


Najnowsze aktualności Najnowsze aktualności

Powrót

Bolesna Rocznica

Bolesna Rocznica

  Dzień 10 lutego, to tragiczna data w dziejach bieszczadzkich leśników. Tego dnia w 1940 roku, okupacyjne władze radzieckie dokonały pierwszej wywózki Polaków mieszkających na terenach, które znalazły się we władaniu "sowietów" w wyniku paktu Ribentrop-Mołotow. Do rozpoczęcia ataku Niemców na ZSRR w 1941 r. teren dzisiejszego Nadleśnictwa Ustrzyki znajdował się pod okupacją radziecką.
  Z polecenia władz okupacyjnych, na całym terenie znajdującym się pod okupacją radziecką nad ranem 10 lutego 1940 r. przeprowadzono masową deportację osadników wojskowych i rolnych, a także leśników. Szacuje się, że wywieziono wówczas ok. 220 tys. osób. Najliczniejsza grupa wywiezionych wówczas waz z rodzinami leśników trafiła do obwodów archangielskiego i wołogodzkiego, czyli północno-wschodniego fragmentu europejskiej części Rosji (1) .
  10 lutego 1940 r. to z pewnością najbardziej tragiczna data w dziejach administracji leśnej w dolinie Strwiąża. Tego dnia okupanci deportowali w głąb Rosji najprawdopodobniej całą załogę Nadleśnictwa Berehy wraz z bliskimi. Na podstawie rozmów z najstarszymi mieszkańcami ustalono, że zesłano wówczas rodziny: Strachów, Jedliczków, Kiendzińskich, Sodomów oraz emerytowanego leśniczego Waleriana Laszkiewicza. W sporządzeniu listy osób przeznaczonych do deportacji miał pomagać miejscowy komunista Lejb Messer (2).
Późniejszy nadleśniczy inż. Józef Strach (ur. 08.01.1900) po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, mając niespełna dziewiętnaście lat, jeszcze w listopadzie 1918 r. zgłosił się na ochotnika do Wojska Polskiego. Brał udział w walkach z Ukraińcami. Zdemobilizowany w maju 1919 r. ponownie założył mundur podczas wojny polsko bolszewickiej. Ochotniczą służbę wojskową pełnił od czerwca 1920 r. do 6 stycznia 1921 r. w szeregach 1. i 2. pułku szwoleżerów (3) . Do Berehów został przeniesiony niedługo przed wybuchem II wojny światowej z Nadleśnictwa Turza Wielka koło Stryja, gdzie również był nadleśniczym. 10 lutego 1940 r. wraz z nim na Wschód wywieziono jego żonę Janinę i syna Stanisława.
  Wśród deportowanych znalazł się również leśniczy Witold Kiendziński (01.05.1909 –3.02.1977). W 1930 r. ukończył Państwową Szkołę dla Leśniczych w Bolechowie. W 1930 r. podjął pracę w Nadleśnictwie Berehy, początkowo jako praktykant, a następnie podleśniczy. Nie poprzestał jednak w staraniach o zdobycie wykształcenia. 23 listopada 1934 r. zdał egzamin z sześciu klas gimnazjalnych w II Państwowym Gimnazjum Matematyczno-Przyrodniczym w Stryju. W 1935 r. pełnił już obowiązki leśniczego. Do Polski powrócił w kwietniu 1946 r.
  Losy wojenne pozostałych leśniczych i gajowych z Nadleśnictwa Berehy wymagają dalszych ustaleń. Do listy osób wywiezionych osób na wschód w lutym 1940 r. na pewno doliczyć możemy Wacława Klementowskiego, urzędnika w biurze Nadleśnictwa i Józefa Jędrzejewskiego, gajowego ze Stebnika, którzy opuścili ZSRR wraz z Armią Andersa. Nieznany pozostaje m.in. los leśniczego Mikołaja Kosteriuka, emerytowanego gajowego Michała Ścieranki i Kazimierza Prusa (ur. 1908), gajowego z Krościenka, który pochodził z rodziny kilkupokoleniowych tradycjach leśnych. Przed nim gajowym był jego ojciec Józef (ur. 2.07.1858) , a gajówka stała w połowie drogi z Krościenka do Stebnika.
  Dwunastoletni w 1940 r. Witold Mołodyński, który razem z rodzicami mieszkał w Berehach Dolnych, tak po latach wspominał dzień po nocnej deportacji miejscowych leśników i ich rodzin: Już po śniadaniu, mimo siarczystego mrozu, wyskoczyłem z domu w stronę nadleśnictwa. Było puste z oplombowanymi drzwiami. Domy państwa Jedliczków, Sodomów, Kindzińskich i Wiejów były zalepione paskami papieru i opieczętowane. Z panem Kiendzińskim pojechali Dziunia, Janina, Witek i Krzysztof, a z panem Wieją – Czesław z Haliną i synem Ryśkiem. To było straszne, że tak bez powodu znikały całe rodziny (…) Gdzieś po miesiącu otrzymałem dziwny list od Staszka Stracha z dalekiej Syberii. To nie była koperta, ale zwykła kartka z zeszytu złożona w trójkąt. Pisał: „wyładowano nas w lasach, palimy oogniska i budujemy szałasy, aby nie zamarznąć. Mrozy ponad -40 C. Zostawiono nam narzędzia do wyrębu lasów. Nie wiemy czy przeżyjemy”. Pisał, że są zdrowi. Prosił, żeby mu wysłać ołówek chemiczny z zeszytem (4) . W. Mołodyński wspominał, że w ostatnim liście jaki otrzymał od swojego kolegi, ten pisał o śmierci swojej matki
  W Krościenku w latach 30. XX w. mieszkało również dwóch leśników, którzy pracowali w Nadleśnictwie Starzawa, sąsiadującym z jednostką w Berehach. Pierwszy z nich to Franciszek Biskup (ur. 03.03.1892 r.) w zestawieniu Edwarda Orłowskiego określony jako „dawny piłsudczyk z legionową przeszłością”. W 1935 r. pracował jako gajowy w Nadleśnictwie Starzawa. W informacjach dotyczących służby wojskowej podano, że w latach 1914–1918 był żołnierzem austriackim, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości pełnił obowiązkową służbę wojskową w 2 pułku ułanów w stopniu plutonowego . Franciszek Biskup zmarł prawdopodobnie jeszcze w 1940 r.
  Drugi ze wspomnianych starzawskich leśników mieszkających w Krościenku to gajowy Władysław Włodek (ur. 27.01.1897 r.) – mieszkał w gajówce „na Zastawyszczu”, w Krościenku. Służył w 4 p. Legionów od 30 września 1914 r. do15 września 1917 r. Następnie do 30 października 1918 r. w stopniu sierżanta w armii austriackiej. Niespełna dwa miesiące po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zgłosił się na ochotnika do wojska i podczas wojny polsko-ukraińskiej oraz polsko-bolszewickiej pełnił służbę w żandarmerii polowej przy 6 Dywizji Piechoty (od 7 stycznia 1919 r. do 20 października 1920 r. Losy wojenne Władysława Włodka pozostają nieznane. Można jednak przypuszczać, że również został wywieziony przez okupantów na wschód.
  Deportacja dotknęła również osoby pracujące w lasach prywatnych oraz ich rodziny. Edward Orłowski przytoczył relację Marii Skrzyńskiej (1926–2003), córki Stanisława Ząbka, leśniczego w dobrach rodziny Hołyńskich z Brelikowa oraz Henryka Linderskiego z Ropienki Górnej: Mój ojciec Stanisław Ząbek ur. 11.04.1895 r. (…) mieszkał z rodziną w Ropience pow. Lesko, gdzie pracował jako leśniczy. Zarządzał lasami majątku ziemiańskiej rodziny Hołyńskich w Brelikowie oraz lasami dziedzica Ropienki Górnej i przedsiębiorcy naftowego Henryka Linderskiego.
  Pamiętam doskonale ten piątkowy wieczór 9 lutego 1940 r. Byłam już w wieku 13 lat. Tego wieczoru mama zarobiła zaczyn do ciasta na chleb do upieczenia w sobotę. Żeby go przygotować przecierała ziemniaki przez sito. Chleba już nie upiekła, bo tej nocy ok. godz. 2:00 obudził nas łomot i krzyk „otwierać drzwi!”. Po wejściu trzech uzbrojonych NKWD-stów oznajmiono, że jest nakaz przeprowadzenia rewizji i zaczęli poszukiwania rzekomo ukrywanej broni. Ojca od nas odseparowali, stawiając go do kąta. Nie spuszczali z niego oka. My z mamą stłoczeni w drugim końcu pokoju i zagrodzeni dosuniętym łóżkiem z przerażeniem patrzyliśmy jak przewracają wszystko i przeszukują nasz dom w poszukiwaniu broni, antybolszewickich broszur i kosztowności. Po skończonej rewizji, kiedy nic nie znaleziono, odczytano nasze imiona i nazwiska oraz nakaz przesiedlenia, wydany przez „Верховнe власти”. Pamiętam jak tato, który znał język rosyjski, przerażony cicho powiedział: „Jezus, Maria, a gdzie to w ciemną noc, trzaskający mróz i zadymkę z zaspami mamy się poniewierać”; w tym momencie z mamą zaczęliśmy płakać.
  Jeden z żołnierzy niby na pocieszenie skwitował, że jedziemy niedaleko koło Lwowa i jeszcze tu wrócimy. Oświadczono stanowczo, że w ciągu 15 minut mamy opuścić dom. Poganiając mamę, kazano jej ciepło ubrać dzieci, spakować niezbędne rzeczy i przygotować się do podróży, bo podwoda już czekała na drodze. Przez cały czas tato trzymany był w kącie. Wykorzystując chwilę nieuwagi, mama cicho szepnęła do moich braci Tadzia (lat 11) i Gustka (lat 5), żeby wymknęli się i poszli obudzić babcię (mama mojej mamy) mieszkającą w sąsiednim domu i poprosili o trochę mleka, a także przekazali co się stało. Od babci Tadzio wrócił sam, małego Gucia nie puszczono i zatrzymano u niej, a sama babcia, kiedy nas wyprowadzano, owinięta kocem przybiegła do nas z krzykiem i płaczem. W rozpaczy zaczęła nas siłą wydzierać siłą i ściągać z sań, ale pilnujący nas żołnierz sowiecki odepchnął ją trącając do rowu w zaspę, nie dopuścił jej więcej do sań.
  W końcu pod strażą jak zbrodniarza wyprowadzili pilnowanego tatę, sadzając go na drugich saniach. Nie pozwolono nam nic wziąć, tylko dobrze się ubrać. Dopiero później zobaczyliśmy, że innym rodzinom deportowanym pozwolono zabrać na drogę nieco żywności, a my nawet chleba nie zabraliśmy. Ciemna noc, mróz, zadyma, ludzie spali, a my jechaliśmy w nieznane. Po 10 km jazdy dowieziono nas do stacji kolejowej w Olszanicy, gdzie czekał podstawiony długi skład bydlęcych wagonów. Przy wysiadce i przechodzeniu na stację była szansa na ucieczkę dla dzieci, które były mniej pilnowane. Mama namawiała nas, zwłaszcza że w tej wsi mieszkały dwie nasze ciocie, ale orzekliśmy, że gdzie tato i mama - tam i my.
  Kiedy poprowadzono nas do wagonu i odsunięto zaryglowane drzwi, okazało się, że w ciemnościach wagonu popłakując siedzą już jakieś rodziny (…). Po zasunięciu drzwi wszyscy zaczęli głośno szlochać i lamentować. Okazało się, że w naszym wagonie jest ponad 40 osób i są to tylko rodziny leśników (…). Przez szpary w wagonie widać było, jak ze wszystkich stron pod eskortą sowieckich żołnierzy przywożono kolejne rodziny i ładowano do wagonów (…). Nasza ciocia Seginowa z Olszanicy, dowiedziawszy się, że nas przytrzymują przed wywózką, przyszła na stację z płaczem i chciała nam podać mleko. Zaczęła wołać, bo nie wiedziała, w którym jesteśmy wagonie. Przez szpary widzieliśmy, jak pilnujący pociągu sowiecki żołnierz, szarpiąc się z ciocią odepchnął ją, a wyrywając naczynie z mlekiem rzucił nim o wagon aż mleko się wylało.
  Ludzi przywożono z różnych stron jeszcze przez 2 dni, nawet od strony Kuźminy i Birczy. Przez ten czas wszyscy tylko płakali i modlili się, ale największa rozpacz i lament zaczęły się jak w porze nocnej ze stacji w Olszanicy ruszył pociąg (…). Rankiem przez wydrążoną scyzorykiem szparkę zauważyliśmy, że stoimy w Przemyślu. We Lwowie przeładowali nas na wagony szerokiego toru, wtedy utwierdziliśmy się w przekonaniu, że jedziemy na Sybir. Mówiono, że nasz skład pociągu liczył ok. 60 wagonów i podobno wieziono nim 2,5 tys. zesłańców. We Lwowie takich transportów z Polakami jak nasz stało wiele. Mimo wołania o pomoc spragnionych i głodnych ludzi, pierwszą strawę (zamarznięty kawałek czarnego chleba i mała porcja niedobrej zamarzniętej kaszy jęczmiennej) i trochę „kipiatoku” dostaliśmy dopiero na stacji Podwołoczyska, w pobliżu niedawnej granicy polsko-sowieckiej.
  Dalej jechaliśmy przez miesiąc, po drodze wiele schorowanych ludzi umierało, a trupy wyrzucano za tory w śnieg. Mama też ucierpiała, była poparzona, bo podczas podróży przy szarpnięciu wagonami wylał się na jej nogę wrzątek z garnka strąconego z piecyka. Przywieziono nas do pasiołka Pobiedy koło miejscowości Tawda, Oblast Świerdłowsk, a dalej w tajgę ruszyliśmy transportem konnym i piechotą do Fanierny, gdzie na początek musieliśmy postawić sobie baraki do zamieszkania. Pięcioletni pobyt na Syberii nadaje się na osobną opowieść. Do kraju wróciliśmy w marcu 1946 roku.(5)
  Robert Fitkowski, długoletni leśniczy leśnictwa Orelec wspomina losy Izydora Nowaka, który przed wojną pracował w lasach w okolicach Uherzec, należących do właściciela o nazwisku Rindel: Jak Sowieci weszli, to go wywieźli na Syberię. Do Polski wrócił w 1947 r. Później podjął pracę w Lasach Państwowych. Będąc na Syberii napisał list do Stalina. Wiedział, że wszystkie listy idą przez cenzurę, więc poprosił znajomą Rosjankę żeby wrzuciła list do skrzynki w mieście. Po trzech miesiącach wezwali go na NKWD i spytali go czy pisał list do Stalina. Potwierdził, że owszem pisał. Pytali go czy ma rodzinę w Polsce. Powiedział, że ma siostrę. Dali mu ołówek i kartkę, i kazali pisać list do siostry. Był zdenerwowany i nie wiedział co do niej pisać, więc mu podyktowali sześć linijek. Potem przynieśli jego własny list, który wcześniej napisał i porównali charakter pisma. Pisał w nim, że niesłusznie go wywieźli na tę Syberię, że pracował przed wojną w trudnych warunkach. Po miesiącu wezwano go na milicję i tam zrobili mu zdjęcia, po dłuższym czasie dostał zieloną kartkę, że jest wolnym człowiekiem i może jechać gdzie chce, nawet zagranicę. Powiedział, że chce zostać na miejscu byle go przenieśli gdzieś, gdzie jest ciepło i został przeniesiony do Odessy. Był palaczem w kotłowni łaźni w Odessie. Tam się zapisał do Związku Patriotów Polskich. W 1947 r. wrócił do Polski., najpierw do Krakowa, gdzie poznał żonę Zofię, która brała udział w powstaniu warszawskim. Potem powrócił w Bieszczady .
  Leśników z zesłańczą przeszłością, którzy podjęli po wojnie pracę w regionie było w Bieszczadach więcej. Mieczysław Nowaczyk wspomina powojennego brakarza Włodzimierza Kluczewskiego, który pracował w Nadleśnictwie Brzegi Dolne jeszcze w latach 80. Kluczewski był przed wojną manipulantem leśnym w Bieszczadach. Wraz z innymi leśnikami został w 1940 r. wywieziony na wschód. Udało mu się powrócić. Mógł albo chodzić albo leżeć, bo od ciężkiej pracy przy wyrębie lasu miał uszkodzony kręgosłup. Bardzo niechętnie wspominał tamte lata .
  Skala represji jakie objęły bieszczadzkich leśników jest oczywiście znacznie większa niż wynika z powyższych, niepełnych wyliczeń. Należy wspomnieć, że wśród ofiar zbrodni katyńskiej znalazł się również Józef Dwernicki (1887–1940), współwłaściciel majątku w Równi koło Ustrzyk Dolnych, z wykształcenia inżynier leśnik. W 1940 r. zamordowany został również mjr Jan Józef Kosina (1894–1940), syn Jana Kosiny zarządcy lasów i domen państwowych w Berehach Dolnych. Późniejszy zawodowy oficer Wojska Polskiej rozpoczął w 1912 r. za przykładem ojca studia leśne na Hochschule für Bodenkultur w Wiedniu, które jednak przerwał trzy lata później. Na Ukraińskiej Liście Katyńskiej figuruje starszy sierżant rezerwy Jan Zabawa (1888–1940), gajowy z Ustrzyk Dolnych. Spoczywa w Bykowni. Nie udało się ustalić czy pracował w państwowej administracji leśnej, czy był zatrudniony w którymś z prywatnych majątków.(6)
  Z tą historią, a także wieloma innymi już niedługo będziecie mogli Państwo zaznajomić się w powstającej publikacji "Od leśnictwa Berehy do Nadleśnictwa Ustrzyki Dolne 1801 – 2021"
autorstwa dr Łukasza Bajdy.
Przytoczony tu tekst, jest fragmentem tej książki.
 
żródła:
(1) J. Broda, Dzieje najnowsze…, dz. cyt., s. 393-397.
M. Augustyn,
(2) Zarys dziejów…, s. 184; E. Marszałek, Pamięć o leśnych tragediach sprzed lat, „Podkarpacka Historia”, nr 11-12, listopad-grudzień 2019, s. 60-69; Tenże, Pamiętajmy o tragedii leśników z Berehów, „Biuletyn Informacyjny SITLiD”, nr 14, grudzień 2015, ss.7-8.
(3) CDIAUL, f. 170, op. 1a, spr. 63, k. 57.
(4) W. Mołodyński, Bieszczadzkie..., dz. cyt., s. 73, 91.
(5) E. Orłowski, W „tiepłuszkach” na Syberię, http://www.bieszczadzka24.pl/.../w-tiepluszkach-na.../5799 [dostęp: 04.12.2020 r.]
(6) G. Zagrobelna, S. Zagrobelny, Las pamięci leśników – ofiar zbrodni katyńskiej, Oleszyce 2016, s. 60, 99; Informacje przekazane przez Edwarda Orłowskiego.