Wydawca treści Wydawca treści

Psie zaprzęgi

Błękitne niebo. Wzdłuż drogi stoją rzędy drzew w białych czapach. Spod płóz sanek, ciągniętych przez dwie pary puszystych psów, pryskają w górę kawałki zmrożonego śniegu. Człowiek stojący na sankach krzyczy w niezrozumiałym języku. To nie jest obrazek z dalekiej Laponii, ani ekranizacja książki Jacka Londona, ale coraz częstszy widok w naszym kraju.

Psie zaprzęgi, bo tak należy nazywać dyscyplinę oficjalnie zarejestrowaną przez Ministerstwo Sportu i Turystyki, zdobywają w Polsce coraz większą popularność. I nie chodzi tutaj tylko o profesjonalistów zrzeszonych w klubach i biorących udział w zawodach na całym świecie, ale o ludzi, którzy kochają psy, ruch i przyrodę, a traktujących ten sport jako rekreację jest coraz więcej. Szczególnie, że to doskonały sposób na spędzenie wolnego czasu w lesie, ze swoimi czworonogami.

Bieszczady - stolicą

Choć polskie zimy charakterem odbiegają od tych z Północy, to i w naszym kraju z powodzeniem można jeździć psimi zaprzęgami. Świadczyć o tym mogą nie tylko sukcesy polskich maszerów (maszer to osoba prowadząca zaprzęg) w zawodach Pucharu Świata, Mistrzostw Świata, czy Europy, ale i coraz większa liczba takich imprez organizowana u nas.

Mało który region nadaje się do tego tak dobrze jak polskie góry. Stolicą sportów zaprzęgowych są Bieszczady, nazywane polską Alaską. Od dziesięciu lat w Baligrodzie odbywają się zawody o nazwie „W Krainie Wilka", są też nieco młodsze: „W Krainie Żubra" - w Lutowiskach i „W Kresowej Krainie" w okolicach Lubaczowa. Przyciągają coraz większe rzesze spragnionych rywalizacji zawodników, ich czworonogów oraz widzów. – Z roku na rok zwiększa się popularność tej dyscypliny - mówi Andrzej Ratymirski, założyciel i prezes rzeszowskiego Klubu Sportowego Psich Zaprzęgów „Nome", który od wielu lat jest współorganizatorem zawodów. – Niektórzy, by kibicować, przyjeżdżają nawet z odległych miejscowość.

Bieszczadzkim zawodom kroku stara się dotrzymać Polana Jakuszycka, gdzie co roku gości „Husqvarna Tour". – Nasza impreza jest bardzo widowiskowa – mówi Zyta Bałazy, nadleśniczy Nadleśnictwa Szklarska Poręba, po terenach którego przebiega większość tras. – Ale i w Górach Izerskich jest pięknie.

Zawody psich zaprzęgów promują dyscyplinę, poszczególne regiony Polski i jej przyrodę, integrują lokalne społeczności. Pętle tras przebiegają przez ośnieżone grzbiety gór i lasy. W ich wytyczaniu i organizowaniu zawodów często biorą udział nadleśnictwa. – Psim treningom służą akurat nieczynne drogi i szlaki zrywkowe. Na naszym terenie, ze względu na różnorodne formy ochrony przyrody, ciężko jest wyznaczyć stałe trasy. Organizatorzy co roku muszą uzgadniać ich przebieg i otrzymywać stosowną opinię od Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska – tłumaczy pani nadleśniczy.

Na sankach przez jezioro

Zaprzęgi to świetny sposób na oryginalną rekreację. – Psy dają doskonałą możliwość obcowania z przyrodą – mówi Jarosław Kemuś, leśniczy, właściciel ośmiu czworonogów rasy husky. Na co dzień kieruje szkółką w Doręgowicach (Nadleśnictwo Lutówko) i dużo czasu spędza w terenie. Twierdzi jednak, że uczuć, które towarzyszą powożeniu zaprzęgiem nie da się porównać z żadnymi innym. Dzikość psów idealnie komponuje się z naturą.

Chociaż mieszka na Pojezierzu Kaszubskim słynącym z łagodnych zim, nie ma problemów ze znalezieniem terenów nadających się do jazdy. – Można też jeździć po powierzchni jezior skutych lodem – tłumaczy. Nocleg przy kilkunastostopniowym mrozie w towarzystwie dziesięciu psów to niesamowite przeżycie. – Człowieka otacza cisza niekiedy tylko przerywana ich tajemniczym wyciem. Wracając z takiej wycieczki, czuję się, jakbym wracał z dalekiej północnej wyprawy – dodaje.

Pasjonaci zaprzęgów podkreślają, że ten sport jest bardzo mocno związany z lasem. Magda Lupakowa jest leśniczką. O psim zaprzęgu marzyła od  dzieciństwa, które spędziła w górskiej leśniczówce. – Od najbliższych sąsiadów dzieliły nas trzy kilometry. Zimą widać było świeże ślady wilków. Do tego pokochałam książki przygodowe, szczególnie Londona – wspomina. - Otoczenie sprawiło, że powstało marzenie. Spełniłam je kilkadziesiąt lat później.

Jarosław Kemuś i Andrzej Ratymirski najchętniej trenują w lesie. – Nie wyobrażam sobie jazdy gdzie indziej – mówi pan Jarosław. Jako leśnik postrzega jednak kwestię wjazdu zaprzęgiem do lasu wieloaspektowo. – Powinniśmy powiadomić o tym zamiarze gospodarza terenu, najczęściej leśniczego – tłumaczy. – Dowiemy się wtedy kiedy i gdzie będziemy mogli poruszać się po lesie bezpiecznie.

Maszer, sled i stake-out

Przygodę z zaprzęgami należy zacząć od psa. – Ktoś mądry powiedział, że huskyego się albo w ogóle nie ma, albo ma się ich kilka – mówi z uśmiechem pan Jarosław. Dlatego należy się przygotować na to, że stadko szybko się powiększy. Właściciele psów zwracają uwagę na to, że przed kupnem pierwszego, należy daną rasę poznać, pojechać na zawody, do hodowli, spotkać się z właścicielem zaprzęgu. Należy pamiętać, że psy to nie rzeczy, które można odstawić na bok. Pani Magdalena zwróciła się po poradę do wicemistrzyni świata. – Nauczyła mnie wszystkiego, przede wszystkim właściwego użycia sprzętu. Wiele też dowiedziałam się pracując podczas zawodów jako jej pomocnik.

- Psy wchodzące w skład zaprzęgu tworzą kennel. Ubiera się je w indywidualnie dopasowane szelki - ważne, żeby zwierzęciu nie zaszkodzić. Do nich podpina się sanki, czyli sled, lub - jak nie ma śniegu - wózek. Ceny sprzętu, tak jak we wszystkich sportach, są zróżnicowane. Można go kupić w profesjonalnych sklepach lub wykonać samodzielnie.  Przeciętnie kosztuje tyle, co sprzęt narciarski – mówi Andrzej Ratymirski.

Jarosław Kemuś podkreśla, że husky mają zaprzęgi we krwi i z niecierpliwością czekają na start. Psa nie wolno do niczego zmuszać, ma czerpać z wysiłku radość i satysfakcję. – Każdy maszer powinien wiedzieć, czy jego pies się garnie się do biegu, czy tego nie lubi. Zdarzają się i takie wyjątki – tłumaczy.

Od skłonności czworonoga do biegania zależy też długość szkolenia. Zaczyna się od nauki posłuszeństwa. – To bardzo ważne, bo psi zaprzęg prowadzi się tylko głosem – dodaje pani Magda.

Psów nie wolno poganiać, ciągnąć ani zmuszać do biegu. Maszer może w trakcie zawodów startować w wielu wyścigach, one - nie. Po biegu powinny być nakarmione, nagrodzone za wykonaną pracę i odstawione na zasłużony wypoczynek do stake out, czyli przestrzeni dla nich przeznaczonej.

Należy pamiętać o ustaleniu „ w stadzie" odpowiedniej hierarchii. – W obecności psów jem pierwszy, odwiedzający nas gość wita się najpierw ze mną – mówi pan Jarosław. – To czyni ze mnie samca alfa, psy to czują. Bez takiego poważania, można mieć z nimi kłopoty.

Hawk, Fado i Essuna

Oficjalnie uznaje się, że do sanek najlepiej nadają się psy ras północnych: syberian husky, alaskan malamut, pies grenlandzki i samojed.

Mimo różnic w wyglądzie, rasy te mają wiele cech wspólnych. Są wytrzymałe, niewrażliwe na mrozy, dobrze wykorzystują pokarm i szybko regenerują siły. Do ciężkich warunków życia dostosowały się dzięki specyficznej budowie ciała: obfite ciepłe futro i małe stojące uszy pozwalają ograniczyć straty ciepła.

- Husky to psy pierwotne. Mają bardzo silny instynkt stadny, zachowaniem przypominają wilki – mówi pan Jarosław. To pozostałość po trybie życia przodków. Łapane jesienią, zimą ogrzewały człowieka i służyły mu w zaprzęgach. Wiosną żyły na wolności i musiały wyżywić się same. Dlatego jedzą praktycznie wszystko, nawet mrożoną marchewkę. Cechuje je też umiejętność współpracy, zamiłowanie do ciągnięcia sanek i, po prostu, chęć do wysiłku. Wystarczy popatrzeć na zaprzęgi przed startem – psy się wiercą, niecierpliwią, są pełne radości.

Do zawodów dopuszczane są również tzw. greye, czyli mieszanki chartów z wyżłami. – Właściwie do sanek nadaje się każdy pies ważący powyżej dwunastu kilogramów – twierdzi Andrzej Ratymirski. Jarosław Kemuś nie widzi przeciwwskazań do tego, żeby zwykły kundel biegał w zaprzęgu. – Musi być widać, że garnie się do sanek, nie ucieka przed szelkami, a bieg sprawia mu przyjemność – dodaje.

Wszyscy podkreślają, że w psich zaprzęgach nie jest najważniejszy drogi sprzęt i najnowszej generacji wózki czy sanki. – Można jeździć byle czym – twierdzi pani Magda. – Najważniejsze, żeby się ruszyć. Poczuć wolność, mknąc przez zaśnieżony las.


Najnowsze aktualności Najnowsze aktualności

Powrót

Rocznica deportacji leśników z Kresów Wschodnich

Rocznica deportacji leśników z Kresów Wschodnich

Dokładnie 10 lutego mija 80 lat od przeprowadzenia przez okupacyjne władze ZSRR zakrojonej na wielką skalę pierwszej deportacji Polaków zamieszkałych na dawnych terenach wschodnich Polski. Przygotowana przez NKWD operacja w szczególności dotknęła pracowników administracji leśnej.

Po kampanii wrześniowej 1939 r. i zajęciu polskich Kresów, Sowieci podczas przeprowadzonych przez siebie wyborów umożliwili objęcie władzy miejscowym aktywistom komunistycznym, których większość miała swoje porachunki z Polakami. Z pomocą lokalnej władzy NKWD sporządzała listy „wrogów ludu” i „źle nastawionych” do ZSRR Polaków, przeznaczonych do pilnego usunięcia z okupowanych terenów. Wykaz ludzi do deportacji przygotowywany był starannie, w czym sowietom pomagali miejscowi aktywiści komunistyczni. Spisywanie zakończono 5 stycznia 1940 r.



Na listach figurowali także Polacy, których status życiowy był wyższy niż pozostałych mieszkańców. Oprócz właścicieli ziemskich, osadników-kombatantów wojny 1920 r., wojskowych, policjantów, funkcjonariuszy innych służb mundurowych, prawników, nauczycieli, urzędników państwowych, znaleźli się na nich prawie wszyscy leśnicy, od szczebla gajowego poczynając.

Polscy leśnicy przeszkoleni w ramach Przysposobienia Wojskowego Leśników, obeznani w terenie, w nowej rzeczywistości zdawali się być elementem podejrzanym, jako potencjalni szpiedzy i agenci polskiego wywiadu.

Represje i aresztowania kresowych leśników zapoczątkowano jesienią 1939 r., kończyły się one więzieniem, a nawet wyrokami śmierci. Gehenna rodzin leśników, którzy z osadnikami według przygotowanych list „poszli na pierwszy ogień”, rozpoczęła się niespodziewanie po północy 10 lutego 1940 r. Był to wyznaczony przez Moskwę termin pierwszej deportacji.

Pierwsza wywózka dotknęła 75 proc. leśników na Kresach, w kolejnych deportowano resztę. Gdy w 1941 r. na Kresy wkraczali Niemcy, leśników narodowości polskiej prawie tam nie było.

Przebieg brutalnej wywózki był wszędzie podobny. Dość wiernie oddaje to relacja sybiraczki Marii Skrzyńskiej z domu Ząbek (1926-2003), córki leśniczego z Ropienki.

Pamiętam doskonale ten piątkowy wieczór 9 lutego 1940 roku. Byłam już w wieku 13 lat. Tego wieczoru mama zarobiła zaczyn do ciasta na chleb do upieczenia w sobotę. Żeby go przygotować przecierała ziemniaki przez sito. Chleba już nie upiekła, bo tej nocy około godz. 2 obudził nas łomot do drzwi i krzyk „otwierać drzwi!”.

Po wejściu trzech uzbrojonych NKWD-stów oznajmiono, że jest nakaz przeprowadzenia rewizji i zaczęli poszukiwania rzekomo ukrywanej broni. Ojca od nas odseparowali, stawiając go do kąta. Nie spuszczali z niego oka. My z mamą stłoczeni w drugim końcu pokoju i zagrodzeni dosuniętym łóżkiem z przerażeniem patrzyliśmy jak przewracają wszystko i przeszukują nasz dom w poszukiwaniu broni, antybolszewickich broszur i kosztowności.

Po skończonej rewizji, kiedy nic nie znaleziono, odczytano nasze imiona i nazwiska oraz nakaz przesiedlenia, wydany przez „Верховнe власти”. Pamiętam jak tato, który znał język rosyjski, przerażony cicho powiedział: „Jezus, Maria, a gdzie to w ciemną noc, trzaskający mróz i zadymkę z zaspami mamy się poniewierać”, w tym momencie z mamą zaczęliśmy płakać.

Jeden z żołnierzy niby na pocieszenie skwitował, że jedziemy niedaleko koło Lwowa i jeszcze tu wrócimy. Oświadczono stanowczo, że w ciągu 15 minut mamy opuścić dom. Poganiając mamę, kazano jej ciepło ubrać dzieci, spakować niezbędne rzeczy i przygotować się do podróży, bo podwoda już czekała na drodze. Przez cały czas tato trzymany był w kącie.

Wykorzystując chwilę nieuwagi, mama cicho szepnęła do moich braci Tadzia (lat 11) i Gustka (lat 5), żeby wymknęli się i poszli obudzić babcię (mama mojej mamy) mieszkającą w sąsiednim domu i poprosili o trochę mleka, a także przekazali, co się stało. Od babci Tadzio wrócił sam, małego Gucia nie puszczono i zatrzymano u niej, a sama babcia, kiedy nas wyprowadzano, owinięta kocem przybiegła do nas z krzykiem i płaczem.

W rozpaczy zaczęła nas siłą wydzierać i ściągać z sań, ale pilnujący nas żołnierz sowiecki odepchnął ją, trącając do rowu w zaspę, nie dopuścił jej więcej do sań. W końcu pod strażą, jak zbrodniarza, wyprowadzili pilnowanego tatę, sadzając go na drugich saniach. Nie pozwolono nam nic wziąć tylko dobrze się ubrać. Całe to zajście paraliżowało wyrwaną ze snu, zaskoczoną i zastraszoną naszą rodzinę. 

Dopiero później zobaczyliśmy, że innym rodzinom deportowanym pozwolono zabrać na drogę nieco żywności, a my nawet chleba nie zabraliśmy, bo mama miała piec dopiero w sobotę. Ciemna noc, mróz, zadyma, ludzie spali, a my jechaliśmy w nieznane. Po 10 km jazdy dowieziono nas do stacji kolejowej w Olszanicy, gdzie czekał podstawiony długi skład bydlęcych wagonów.

Przy wysiadce i przechodzeniu na stację była szansa na ucieczkę dla dzieci, które były mniej pilnowane. Mama namawiała nas, zwłaszcza, że w tej wsi mieszkały dwie nasze ciocie, ale w rezultacie orzekliśmy wspólnie, gdzie tato i mama tam i my. Kiedy poprowadzono nas do wagonu i odsunięto zaryglowane drzwi, aby załadować naszą rodzinę, okazało się, że w ciemnościach wagonu popłakując, siedzą już jakieś rodziny. Co z nami będzie, płakaliśmy wszyscy, nawet po rozlokowaniu się i wsunięciu na prycze. Po zasunięciu drzwi wszyscy zaczęli głośno szlochać i lamentować. Okazało się, że w naszym wagonie jest ponad 40 osób i są to tylko rodziny leśników, łącznie z przywiezioną przed nami też z Ropienki rodziną zaprzyjaźnionego leśniczego Rogalskiego.

Nikt nie wiedział, za co nas siłą zabrali i dokąd chcą wywieźć. Przez szpary w wagonie widać było, jak ze wszystkich stron pod eskortą sowieckich żołnierzy przywożono kolejne rodziny i ładowano do wagonów. Było widać, że niektórym pozwolono wziąć trochę żywności i rzeczy osobistych, my w pośpiechu nie wzięliśmy nic. Przy opuszczaniu domu, mama w roztargnieniu nie miała do tego głowy, a tato trzymany w kącie nic nie mógł pomóc, ani odzywać się. Nasza ciocia Seginowa z Olszanicy, dowiedziawszy się, że nas przytrzymują przed wywózką, przyszła na stację z płaczem i chciała nam podać mleko. Zaczęła wołać, bo nie wiedziała, w którym jesteśmy wagonie. Przez szpary widzieliśmy, jak pilnujący pociągu sowiecki żołnierz szarpiąc się z ciocią, odepchnął ją, a wyrywając naczynie z mlekiem, rzucił nim o wagon aż mleko się wylało.     

Ludzi przywożono jeszcze przez dwa dni, nawet od strony Kuźminy i Birczy. Przez ten czas wszyscy tylko płakali i modlili się, ale największa rozpacz i lament zaczęły się, jak w porze nocnej ze stacji w Olszanicy ruszył pociąg.

Po jakimś czasie jazdy, rankiem przez wydrążoną scyzorykiem szparkę zauważyliśmy, że stoimy w Przemyślu. We Lwowie przeładowali nas na wagony szerokiego tory, wtedy utwierdziliśmy się w przekonaniu, że jedziemy na Sybir. Mówiono, że nasz skład pociągu liczył około 60 wagonów i podobno wieziono nim 2,5 tys. zesłańców.

We Lwowie takich transportów z Polakami jak nasz stało wiele. Mimo wołania o pomoc spragnionych i głodnych ludzi, pierwszą strawę (zamarznięty kawałek czarnego chleba i mała porcja niedobrej zamarzniętej kaszy jęczmiennej) i trochę „kipiatoku” dostaliśmy dopiero na stacji Podwołoczyska, w pobliżu niedawnej granicy polsko-sowieckiej. Dalej jechaliśmy przez miesiąc, po drodze wiele schorowanych ludzi umierało, a trupy wyrzucano za tory w śnieg. Mama też ucierpiała, była poparzona, bo podczas podróży przy szarpnięciu wagonami, wylał się na jej nogę wrzątek z garnka strąconego na piecyku. Przywieziono nas do pasiołka Pobiedy koło miejscowości Tawda, Oblast Świerdłowsk, a dalej w tajgę ruszyliśmy transportem konnym i piechotą do Fanierny, gdzie na początek musieliśmy postawić sobie baraki do zamieszkania. Większość pracowało przy ręcznym wyrębie lasu i w tartaku. Pięcioletni pobyt na Syberii nadaje się na osobną opowieść. Do kraju wróciliśmy w marcu 1946 roku".

Widocznym przykładem przeprowadzenia akcji deportacyjnej leśników w Bieszczadach był los pracowników państwowego Nadleśnictwa Berehy w powiecie leskim (obecnie Nadleśnictwo Ustrzyki Dolne), które znalazło się po sowieckiej stronie granicy. Po przeprowadzonej obławie na biuro i budynki mieszkalne nadleśnictwa, a także ściągnięciu pod konwojem rodzin leśniczych i gajowych, wywózką objęto niemal cały personel tego nadleśnictwa łącznie z nadleśniczym Józefem Strachem jego żoną Janiną i synem Stanisławem. Wszystkich pod strażą dostarczono do Ustrzyk Dolnych, gdzie na stacji kolejowej czekał podstawiony skład krytych wagonów towarowych.  

Z niepełnych informacji wiadomo, że wśród pracowników Nadleśnictwa Berehy razem z rodzinami deportowani zostali: nadleśniczy inż. Józef Strach, leśniczy Witold Kendziński, leśniczy Andrzej Germa, leśniczy Aleksander Jedliczka, emerytowany leśniczy Walerian Laszkiewicz, urzędnik leśny Józef Sodoma, leśniczy Kornel Ferenc.

Już na początku akcji deportacyjnej aresztowano gajowego Józefa Zacharko. Nie wiadomo, jaki los spotkał pozostałych leśniczych i gajowych z tego nadleśnictwa, którymi między innymi byli: leśniczy Mikołaj Kosteriuk, emerytowany gajowy Michał Ścieranka, gajowy Franciszek Biskup, gajowy Władysław Włodek i gajowy Kazimierz Prus.

Tej nocy z terenu tzw. Dobromilszczyzny deportowano obsady pozostałych państwowych nadleśnictw w Dobromilu, Michowej i Starzawie. Szczegóły wywózki do tej pory nie są poznane.

Z Nadleśnictwa Michowa wywiezieni mogli być: leśniczy Władysław Klocek, który pracował w lasach Liskowatego, a także leśniczowie Piotr Duda i Otton Stenzel. Dla Nadleśnictwa Starzawa: leśniczy Gustaw Lesser, leśniczy Józef Loreth oraz leśniczy Józef Grochmalicki.

Na pewno nie deportowano mieszkających w Rudawce braci leśniczego Emila Rożka i gajowego Karola Rożka. Zginęli oni we wrześniu 1943 r. z rąk UPA i zostali pochowani przy kościele w Krościenku.

W Nadleśnictwie Dobromil mogli to być: sekretarz nadleśnictwa Piotr Góral, leśniczy Józef Lesser. Nie ma śladów o ich późniejszej pracy w lasach. Wiadomo, że na pewno deportowano gajowego Ludwika Dominika Kopałko (po powrocie w 1946 r. z Sybiru zamieszkał w województwie zielonogórskim), a potwierdzone zostały informacje, że nie deportowano leśniczego Juliana Schetza i Jana Haracza, którzy pracowali na tym terenie w następnych latach okupacji.

Powojenne zeznania „Sybiraków” potwierdziły, że tak samo potraktowano administrację leśną państwową, jak i osoby zatrudnione w dobrach i majątkach prywatnych i wspólnotowych.
Nie wszystkim zesłańcom, stłoczonym w bydlęcych wagonach udało się dotrzeć na miejsce „spiecposielienija”, wyznaczonego gdzieś w tajdze dalekiej Syberii czy stepach Kazachstanu.
Wielu zmarło już w drodze, podczas kilkutygodniowej podróży w głodzie i chłodzie. Na ironię losu większość leśników „zgodnie z kwalifikacjami” zatrudniono w swoim zawodzie w Liespromie do katorżniczej pracy ponad siły przy wyrębie lasu ręcznymi narzędziami. Wyśrubowane normy wydajności pracy i surowe warunki życia były powodem dużej śmiertelności. Niewielu leśnikom-zesłańcom udało się wyrwać z nieludzkiej ziemi. Pierwszym „szczęśliwcom” powiodło się po pogłosce o formowaniu się II Korpusu WP gen. Władysława Andersa.

Walczyli później w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Ci, którym udało się cudem przeżyć w łagrach do końca wojny, zwalniani pojedynczo z „nakazem milczenia”, wracali do kraju w latach 1946-52. Z tych, co w 1940 r. wyjeżdżali ze stacji w Olszanicy wrócili nieliczni jak gajowy Jan Nowak, pracujący przed wojną w lasach majątku Stanisława Tilla w Uhercach Mineralnych (osiadł w Orelcu), czy gajowy Antoni Wójtów, zatrudniony w lasach majątku Franciszka Bocheńskiego w Myczkowcach, po wojnie zamieszkał w Liszkowie w powiecie szczecinek.

Tysiące leśników i ich najbliższych, których nawet personalia nie są ustalone, zmarło. Bez godnego pochówku spoczęli w bezkresach Syberii. Ich kości skrywają mchy. Do tej pory brakuje wyczerpujących opracowań o stratach poniesionych przez leśników zesłanych w głąb ZSRR.

W oparciu o źródła sowieckie szacowano, że pierwsza deportacja ze wschodnich terenów Polski objęła ponad 139 tys. osób, przeważnie rodzin osadników i leśników. Późniejsze ustalenia pozwoliły przyjąć, że w lutowej deportacji wywieziono ponad 312 tys. osób, w tym ponad 45 tys. leśników i robotników leśnych oraz ponad 67 tys. członków ich rodzin, co stanowiło 75 proc. zatrudnionych do wybuchu wojny. Te liczby przerażają, dlatego w rocznicę nie można zapominać o tragicznych losach leśników tamtego okresu.