Wydawca treści Wydawca treści

Grzyby

Kogo mogę się poradzić w sprawie zebranych w lesie grzybów, czy grzyby w lesie można zbierać bez ograniczeń, czy znalezione grzyby należy wykręcać, czy wycinać - odpowiedzi na te i inne pytania.

Kogo mogę się poradzić w sprawie zebranych w lesie grzybów?

Podstawową zasadą jest zbieranie tylko i wyłącznie owocników grzybów, które dobrze znamy. Nie należy zbierać osobników zbyt młodych, bo to utrudnia określenie gatunku oraz zbyt starych, które z kolei mogą być toksyczne. Jeżeli nie jesteśmy pewni, czy  znaleziony  grzyb jest przydatny do spożycia, to lepiej pozostawić go w lesie.

Aby nauczyć się prawidłowego zbierania grzybów i rozpoznawania gatunków warto uczestniczyć w organizowanych przez nadleśnictwa grzybobraniach. Informacje o nich znajdziecie na stronie www.lasy.gov.pl oraz stronach jednostek. Warto szukać porady w punktach skupu i u grzyboznawców - nadleśnictwa nie zajmują się ocenianiem grzybów. Bezpłatnych porad na temat zebranych w lesie grzybów udzielają wszystkie terenowe stacje sanitarno-epidemiologiczne, które znajdują się w każdym powiatowym mieście. Prowadzą one także rejestry grzyboznawców, którzy udzielają porad.

W przypadku wystąpienia po spożyciu grzybów nudności, bólów brzucha, biegunki, czy podwyższonej temperatury należy wywołać wymioty i jak najszybciej zgłosić się do lekarza. Wezwany w porę może uratować życie. Nie należy lekceważyć takich objawów. Trzeba też pamiętać, że przy zatruciach muchomorem sromotnikowym występuje faza pozornej poprawy, później stan chorego gwałtownie się pogarsza.

Czy grzyby w lesie można zbierać bez ograniczeń?

Grzyby w polskich lasach można zbierać bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów i w zasadzie bez ograniczeń, ale są pewne wyjątki. Nie wolno ich zbierać w niektórych częściach lasu, gdzie jest stały zakaz wstępu:  na uprawach do 4m wysokości, w drzewostanach nasiennych i powierzchniach doświadczalnych, w ostojach zwierzyny. Nie wolno ich także zbierać na obszarach chronionych: w rezerwatach i parkach narodowych. Rygorystycznie należy przestrzegać zakazu wstępu na tereny wojskowe.

Należy oszczędzać duże, stare owocniki grzybów, gdyż nie są atrakcyjne kulinarnie, a  mają duże znaczenie dla rozwoju grzybów. Jeśli wiemy, że jakiś grzyb jest rzadki i ginący to także oszczędźmy go, nawet jeśli jest jadalny. Niezależnie od miejsca występowania część gatunków grzybów podlega całkowitej ochronie gatunkowej – poznaj dokładnie listę tych grzybów zanim wybierzesz się do lasu.

Czy znalezione grzyby należy wykręcać, czy wycinać?

To pytanie jest zadawane od niepamiętnych czasów. Powstało zapewne tuż po słynnym dylemacie dotyczącym jaja i kury. Skoro jest tyle gatunków rozmaitych grzybów to spokojnie możemy stosować oba sposoby. Każdy jest dobry, ale  stosowany z rozsądkiem. Większe owocniki grzybów lepiej jest wyciąć, ze względów praktycznych, bo zaoszczędzamy sobie pracy przy czyszczeniu grzybów. Naturalnie nie w połowie trzonu, jak to nieraz widać przy zbiorze podgrzybków w celach zarobkowych. Możemy delikatnie podważyć także owocnik grzyba koniuszkiem noża. Wycinamy jak najniżej, odgarniając dokładnie ściółkę i uważając, aby nie uszkodzić grzybni. Potem starannie przykrywamy to miejsce, aby grzybnia nie wysychała. Resztka trzonu grzyba szybko zgnije lub zjedzą ją ślimaki.

Grzyby blaszkowe, takie jak kurka, zielonka czy rydz lepiej jest wykręcać. Należy je wyjąć z podłoża tak, aby nie uszkodzić trzonu i także dokładnie zakryć grzybnię ściółką. Tak wyjęty owocnik łatwiej rozpoznać co do gatunku, a jest to bardzo istotne, aby wyeliminować pomylenie zielonki, gołąbka czy pieczarki z  muchomorem zielonkawym. Rozpoznaje się go m.in. po pochwie u podstawy trzonu, stąd nie można takich grzybów wycinać. Pamiętajmy, że jeden średni owocnik to dawka śmiertelna dla człowieka.

Jak zbierać i przechowywać grzyby zanim trafią do kuchni?

Pierwsza zasadą jest zbieranie tylko znanych nam grzybów. Unikniemy wtedy zatrucia na pozór apetycznie wyglądającymi, ale groźnymi dla naszego zdrowia owocnikami. Zbieramy tylko owocniki zdrowe, nieuszkodzone i młode, ale nie zbyt młode, bo wtedy trudno rozpoznać gatunek grzyba. Pozostawiamy w nienaruszonym stanie grzyby niejadalne, nieznane nam oraz osobniki stare, które pozostawiamy jako „nasienniki". Najczęściej i tak  są robaczywe. Czy wiecie dlaczego grzyby są robaczywe? Te „robaki", które dziurawią nasze grzyby, szczególnie z letnich zbiorów, to larwy (czerwie) muchówek. Właśnie w grzybach przechodzą część swojego rozwoju.

Warto także pamiętać, że owocniki grzybów to żyjące organizmy, które nawet po zerwaniu nadal rozwijają się i oddychają wydzielając dwutlenek węgla i wodę. Dlatego bardzo ważne jest prawidłowe przechowywanie owoców grzybobrania. Najlepsze są szerokie, wiklinowe koszyki, a nie plastikowe wiadra, torby czy woreczki. Nawet najpiękniejsze owocniki szlachetnych gatunków grzybów mogą być przyczyną zatrucia, gdy przechowywane będą w foliowej torebce i ulegną zaparzeniu. Często wybieramy się na grzybobranie daleko od domu. W trakcie szybko postępujących procesów gnilnych wywołanych złym przechowywaniem grzybów wydzielają się toksyny, szkodliwe dla naszego zdrowia. Dlatego nawet powszechnie znane kurki czy podgrzybki mogą nam zaszkodzić, gdy je źle przechowamy.


Najnowsze aktualności Najnowsze aktualności

Powrót

Bolesna Rocznica

Bolesna Rocznica

  Dzień 10 lutego, to tragiczna data w dziejach bieszczadzkich leśników. Tego dnia w 1940 roku, okupacyjne władze radzieckie dokonały pierwszej wywózki Polaków mieszkających na terenach, które znalazły się we władaniu "sowietów" w wyniku paktu Ribentrop-Mołotow. Do rozpoczęcia ataku Niemców na ZSRR w 1941 r. teren dzisiejszego Nadleśnictwa Ustrzyki znajdował się pod okupacją radziecką.
  Z polecenia władz okupacyjnych, na całym terenie znajdującym się pod okupacją radziecką nad ranem 10 lutego 1940 r. przeprowadzono masową deportację osadników wojskowych i rolnych, a także leśników. Szacuje się, że wywieziono wówczas ok. 220 tys. osób. Najliczniejsza grupa wywiezionych wówczas waz z rodzinami leśników trafiła do obwodów archangielskiego i wołogodzkiego, czyli północno-wschodniego fragmentu europejskiej części Rosji (1) .
  10 lutego 1940 r. to z pewnością najbardziej tragiczna data w dziejach administracji leśnej w dolinie Strwiąża. Tego dnia okupanci deportowali w głąb Rosji najprawdopodobniej całą załogę Nadleśnictwa Berehy wraz z bliskimi. Na podstawie rozmów z najstarszymi mieszkańcami ustalono, że zesłano wówczas rodziny: Strachów, Jedliczków, Kiendzińskich, Sodomów oraz emerytowanego leśniczego Waleriana Laszkiewicza. W sporządzeniu listy osób przeznaczonych do deportacji miał pomagać miejscowy komunista Lejb Messer (2).
Późniejszy nadleśniczy inż. Józef Strach (ur. 08.01.1900) po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, mając niespełna dziewiętnaście lat, jeszcze w listopadzie 1918 r. zgłosił się na ochotnika do Wojska Polskiego. Brał udział w walkach z Ukraińcami. Zdemobilizowany w maju 1919 r. ponownie założył mundur podczas wojny polsko bolszewickiej. Ochotniczą służbę wojskową pełnił od czerwca 1920 r. do 6 stycznia 1921 r. w szeregach 1. i 2. pułku szwoleżerów (3) . Do Berehów został przeniesiony niedługo przed wybuchem II wojny światowej z Nadleśnictwa Turza Wielka koło Stryja, gdzie również był nadleśniczym. 10 lutego 1940 r. wraz z nim na Wschód wywieziono jego żonę Janinę i syna Stanisława.
  Wśród deportowanych znalazł się również leśniczy Witold Kiendziński (01.05.1909 –3.02.1977). W 1930 r. ukończył Państwową Szkołę dla Leśniczych w Bolechowie. W 1930 r. podjął pracę w Nadleśnictwie Berehy, początkowo jako praktykant, a następnie podleśniczy. Nie poprzestał jednak w staraniach o zdobycie wykształcenia. 23 listopada 1934 r. zdał egzamin z sześciu klas gimnazjalnych w II Państwowym Gimnazjum Matematyczno-Przyrodniczym w Stryju. W 1935 r. pełnił już obowiązki leśniczego. Do Polski powrócił w kwietniu 1946 r.
  Losy wojenne pozostałych leśniczych i gajowych z Nadleśnictwa Berehy wymagają dalszych ustaleń. Do listy osób wywiezionych osób na wschód w lutym 1940 r. na pewno doliczyć możemy Wacława Klementowskiego, urzędnika w biurze Nadleśnictwa i Józefa Jędrzejewskiego, gajowego ze Stebnika, którzy opuścili ZSRR wraz z Armią Andersa. Nieznany pozostaje m.in. los leśniczego Mikołaja Kosteriuka, emerytowanego gajowego Michała Ścieranki i Kazimierza Prusa (ur. 1908), gajowego z Krościenka, który pochodził z rodziny kilkupokoleniowych tradycjach leśnych. Przed nim gajowym był jego ojciec Józef (ur. 2.07.1858) , a gajówka stała w połowie drogi z Krościenka do Stebnika.
  Dwunastoletni w 1940 r. Witold Mołodyński, który razem z rodzicami mieszkał w Berehach Dolnych, tak po latach wspominał dzień po nocnej deportacji miejscowych leśników i ich rodzin: Już po śniadaniu, mimo siarczystego mrozu, wyskoczyłem z domu w stronę nadleśnictwa. Było puste z oplombowanymi drzwiami. Domy państwa Jedliczków, Sodomów, Kindzińskich i Wiejów były zalepione paskami papieru i opieczętowane. Z panem Kiendzińskim pojechali Dziunia, Janina, Witek i Krzysztof, a z panem Wieją – Czesław z Haliną i synem Ryśkiem. To było straszne, że tak bez powodu znikały całe rodziny (…) Gdzieś po miesiącu otrzymałem dziwny list od Staszka Stracha z dalekiej Syberii. To nie była koperta, ale zwykła kartka z zeszytu złożona w trójkąt. Pisał: „wyładowano nas w lasach, palimy oogniska i budujemy szałasy, aby nie zamarznąć. Mrozy ponad -40 C. Zostawiono nam narzędzia do wyrębu lasów. Nie wiemy czy przeżyjemy”. Pisał, że są zdrowi. Prosił, żeby mu wysłać ołówek chemiczny z zeszytem (4) . W. Mołodyński wspominał, że w ostatnim liście jaki otrzymał od swojego kolegi, ten pisał o śmierci swojej matki
  W Krościenku w latach 30. XX w. mieszkało również dwóch leśników, którzy pracowali w Nadleśnictwie Starzawa, sąsiadującym z jednostką w Berehach. Pierwszy z nich to Franciszek Biskup (ur. 03.03.1892 r.) w zestawieniu Edwarda Orłowskiego określony jako „dawny piłsudczyk z legionową przeszłością”. W 1935 r. pracował jako gajowy w Nadleśnictwie Starzawa. W informacjach dotyczących służby wojskowej podano, że w latach 1914–1918 był żołnierzem austriackim, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości pełnił obowiązkową służbę wojskową w 2 pułku ułanów w stopniu plutonowego . Franciszek Biskup zmarł prawdopodobnie jeszcze w 1940 r.
  Drugi ze wspomnianych starzawskich leśników mieszkających w Krościenku to gajowy Władysław Włodek (ur. 27.01.1897 r.) – mieszkał w gajówce „na Zastawyszczu”, w Krościenku. Służył w 4 p. Legionów od 30 września 1914 r. do15 września 1917 r. Następnie do 30 października 1918 r. w stopniu sierżanta w armii austriackiej. Niespełna dwa miesiące po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zgłosił się na ochotnika do wojska i podczas wojny polsko-ukraińskiej oraz polsko-bolszewickiej pełnił służbę w żandarmerii polowej przy 6 Dywizji Piechoty (od 7 stycznia 1919 r. do 20 października 1920 r. Losy wojenne Władysława Włodka pozostają nieznane. Można jednak przypuszczać, że również został wywieziony przez okupantów na wschód.
  Deportacja dotknęła również osoby pracujące w lasach prywatnych oraz ich rodziny. Edward Orłowski przytoczył relację Marii Skrzyńskiej (1926–2003), córki Stanisława Ząbka, leśniczego w dobrach rodziny Hołyńskich z Brelikowa oraz Henryka Linderskiego z Ropienki Górnej: Mój ojciec Stanisław Ząbek ur. 11.04.1895 r. (…) mieszkał z rodziną w Ropience pow. Lesko, gdzie pracował jako leśniczy. Zarządzał lasami majątku ziemiańskiej rodziny Hołyńskich w Brelikowie oraz lasami dziedzica Ropienki Górnej i przedsiębiorcy naftowego Henryka Linderskiego.
  Pamiętam doskonale ten piątkowy wieczór 9 lutego 1940 r. Byłam już w wieku 13 lat. Tego wieczoru mama zarobiła zaczyn do ciasta na chleb do upieczenia w sobotę. Żeby go przygotować przecierała ziemniaki przez sito. Chleba już nie upiekła, bo tej nocy ok. godz. 2:00 obudził nas łomot i krzyk „otwierać drzwi!”. Po wejściu trzech uzbrojonych NKWD-stów oznajmiono, że jest nakaz przeprowadzenia rewizji i zaczęli poszukiwania rzekomo ukrywanej broni. Ojca od nas odseparowali, stawiając go do kąta. Nie spuszczali z niego oka. My z mamą stłoczeni w drugim końcu pokoju i zagrodzeni dosuniętym łóżkiem z przerażeniem patrzyliśmy jak przewracają wszystko i przeszukują nasz dom w poszukiwaniu broni, antybolszewickich broszur i kosztowności. Po skończonej rewizji, kiedy nic nie znaleziono, odczytano nasze imiona i nazwiska oraz nakaz przesiedlenia, wydany przez „Верховнe власти”. Pamiętam jak tato, który znał język rosyjski, przerażony cicho powiedział: „Jezus, Maria, a gdzie to w ciemną noc, trzaskający mróz i zadymkę z zaspami mamy się poniewierać”; w tym momencie z mamą zaczęliśmy płakać.
  Jeden z żołnierzy niby na pocieszenie skwitował, że jedziemy niedaleko koło Lwowa i jeszcze tu wrócimy. Oświadczono stanowczo, że w ciągu 15 minut mamy opuścić dom. Poganiając mamę, kazano jej ciepło ubrać dzieci, spakować niezbędne rzeczy i przygotować się do podróży, bo podwoda już czekała na drodze. Przez cały czas tato trzymany był w kącie. Wykorzystując chwilę nieuwagi, mama cicho szepnęła do moich braci Tadzia (lat 11) i Gustka (lat 5), żeby wymknęli się i poszli obudzić babcię (mama mojej mamy) mieszkającą w sąsiednim domu i poprosili o trochę mleka, a także przekazali co się stało. Od babci Tadzio wrócił sam, małego Gucia nie puszczono i zatrzymano u niej, a sama babcia, kiedy nas wyprowadzano, owinięta kocem przybiegła do nas z krzykiem i płaczem. W rozpaczy zaczęła nas siłą wydzierać siłą i ściągać z sań, ale pilnujący nas żołnierz sowiecki odepchnął ją trącając do rowu w zaspę, nie dopuścił jej więcej do sań.
  W końcu pod strażą jak zbrodniarza wyprowadzili pilnowanego tatę, sadzając go na drugich saniach. Nie pozwolono nam nic wziąć, tylko dobrze się ubrać. Dopiero później zobaczyliśmy, że innym rodzinom deportowanym pozwolono zabrać na drogę nieco żywności, a my nawet chleba nie zabraliśmy. Ciemna noc, mróz, zadyma, ludzie spali, a my jechaliśmy w nieznane. Po 10 km jazdy dowieziono nas do stacji kolejowej w Olszanicy, gdzie czekał podstawiony długi skład bydlęcych wagonów. Przy wysiadce i przechodzeniu na stację była szansa na ucieczkę dla dzieci, które były mniej pilnowane. Mama namawiała nas, zwłaszcza że w tej wsi mieszkały dwie nasze ciocie, ale orzekliśmy, że gdzie tato i mama - tam i my.
  Kiedy poprowadzono nas do wagonu i odsunięto zaryglowane drzwi, okazało się, że w ciemnościach wagonu popłakując siedzą już jakieś rodziny (…). Po zasunięciu drzwi wszyscy zaczęli głośno szlochać i lamentować. Okazało się, że w naszym wagonie jest ponad 40 osób i są to tylko rodziny leśników (…). Przez szpary w wagonie widać było, jak ze wszystkich stron pod eskortą sowieckich żołnierzy przywożono kolejne rodziny i ładowano do wagonów (…). Nasza ciocia Seginowa z Olszanicy, dowiedziawszy się, że nas przytrzymują przed wywózką, przyszła na stację z płaczem i chciała nam podać mleko. Zaczęła wołać, bo nie wiedziała, w którym jesteśmy wagonie. Przez szpary widzieliśmy, jak pilnujący pociągu sowiecki żołnierz, szarpiąc się z ciocią odepchnął ją, a wyrywając naczynie z mlekiem rzucił nim o wagon aż mleko się wylało.
  Ludzi przywożono z różnych stron jeszcze przez 2 dni, nawet od strony Kuźminy i Birczy. Przez ten czas wszyscy tylko płakali i modlili się, ale największa rozpacz i lament zaczęły się jak w porze nocnej ze stacji w Olszanicy ruszył pociąg (…). Rankiem przez wydrążoną scyzorykiem szparkę zauważyliśmy, że stoimy w Przemyślu. We Lwowie przeładowali nas na wagony szerokiego toru, wtedy utwierdziliśmy się w przekonaniu, że jedziemy na Sybir. Mówiono, że nasz skład pociągu liczył ok. 60 wagonów i podobno wieziono nim 2,5 tys. zesłańców. We Lwowie takich transportów z Polakami jak nasz stało wiele. Mimo wołania o pomoc spragnionych i głodnych ludzi, pierwszą strawę (zamarznięty kawałek czarnego chleba i mała porcja niedobrej zamarzniętej kaszy jęczmiennej) i trochę „kipiatoku” dostaliśmy dopiero na stacji Podwołoczyska, w pobliżu niedawnej granicy polsko-sowieckiej.
  Dalej jechaliśmy przez miesiąc, po drodze wiele schorowanych ludzi umierało, a trupy wyrzucano za tory w śnieg. Mama też ucierpiała, była poparzona, bo podczas podróży przy szarpnięciu wagonami wylał się na jej nogę wrzątek z garnka strąconego z piecyka. Przywieziono nas do pasiołka Pobiedy koło miejscowości Tawda, Oblast Świerdłowsk, a dalej w tajgę ruszyliśmy transportem konnym i piechotą do Fanierny, gdzie na początek musieliśmy postawić sobie baraki do zamieszkania. Pięcioletni pobyt na Syberii nadaje się na osobną opowieść. Do kraju wróciliśmy w marcu 1946 roku.(5)
  Robert Fitkowski, długoletni leśniczy leśnictwa Orelec wspomina losy Izydora Nowaka, który przed wojną pracował w lasach w okolicach Uherzec, należących do właściciela o nazwisku Rindel: Jak Sowieci weszli, to go wywieźli na Syberię. Do Polski wrócił w 1947 r. Później podjął pracę w Lasach Państwowych. Będąc na Syberii napisał list do Stalina. Wiedział, że wszystkie listy idą przez cenzurę, więc poprosił znajomą Rosjankę żeby wrzuciła list do skrzynki w mieście. Po trzech miesiącach wezwali go na NKWD i spytali go czy pisał list do Stalina. Potwierdził, że owszem pisał. Pytali go czy ma rodzinę w Polsce. Powiedział, że ma siostrę. Dali mu ołówek i kartkę, i kazali pisać list do siostry. Był zdenerwowany i nie wiedział co do niej pisać, więc mu podyktowali sześć linijek. Potem przynieśli jego własny list, który wcześniej napisał i porównali charakter pisma. Pisał w nim, że niesłusznie go wywieźli na tę Syberię, że pracował przed wojną w trudnych warunkach. Po miesiącu wezwano go na milicję i tam zrobili mu zdjęcia, po dłuższym czasie dostał zieloną kartkę, że jest wolnym człowiekiem i może jechać gdzie chce, nawet zagranicę. Powiedział, że chce zostać na miejscu byle go przenieśli gdzieś, gdzie jest ciepło i został przeniesiony do Odessy. Był palaczem w kotłowni łaźni w Odessie. Tam się zapisał do Związku Patriotów Polskich. W 1947 r. wrócił do Polski., najpierw do Krakowa, gdzie poznał żonę Zofię, która brała udział w powstaniu warszawskim. Potem powrócił w Bieszczady .
  Leśników z zesłańczą przeszłością, którzy podjęli po wojnie pracę w regionie było w Bieszczadach więcej. Mieczysław Nowaczyk wspomina powojennego brakarza Włodzimierza Kluczewskiego, który pracował w Nadleśnictwie Brzegi Dolne jeszcze w latach 80. Kluczewski był przed wojną manipulantem leśnym w Bieszczadach. Wraz z innymi leśnikami został w 1940 r. wywieziony na wschód. Udało mu się powrócić. Mógł albo chodzić albo leżeć, bo od ciężkiej pracy przy wyrębie lasu miał uszkodzony kręgosłup. Bardzo niechętnie wspominał tamte lata .
  Skala represji jakie objęły bieszczadzkich leśników jest oczywiście znacznie większa niż wynika z powyższych, niepełnych wyliczeń. Należy wspomnieć, że wśród ofiar zbrodni katyńskiej znalazł się również Józef Dwernicki (1887–1940), współwłaściciel majątku w Równi koło Ustrzyk Dolnych, z wykształcenia inżynier leśnik. W 1940 r. zamordowany został również mjr Jan Józef Kosina (1894–1940), syn Jana Kosiny zarządcy lasów i domen państwowych w Berehach Dolnych. Późniejszy zawodowy oficer Wojska Polskiej rozpoczął w 1912 r. za przykładem ojca studia leśne na Hochschule für Bodenkultur w Wiedniu, które jednak przerwał trzy lata później. Na Ukraińskiej Liście Katyńskiej figuruje starszy sierżant rezerwy Jan Zabawa (1888–1940), gajowy z Ustrzyk Dolnych. Spoczywa w Bykowni. Nie udało się ustalić czy pracował w państwowej administracji leśnej, czy był zatrudniony w którymś z prywatnych majątków.(6)
  Z tą historią, a także wieloma innymi już niedługo będziecie mogli Państwo zaznajomić się w powstającej publikacji "Od leśnictwa Berehy do Nadleśnictwa Ustrzyki Dolne 1801 – 2021"
autorstwa dr Łukasza Bajdy.
Przytoczony tu tekst, jest fragmentem tej książki.
 
żródła:
(1) J. Broda, Dzieje najnowsze…, dz. cyt., s. 393-397.
M. Augustyn,
(2) Zarys dziejów…, s. 184; E. Marszałek, Pamięć o leśnych tragediach sprzed lat, „Podkarpacka Historia”, nr 11-12, listopad-grudzień 2019, s. 60-69; Tenże, Pamiętajmy o tragedii leśników z Berehów, „Biuletyn Informacyjny SITLiD”, nr 14, grudzień 2015, ss.7-8.
(3) CDIAUL, f. 170, op. 1a, spr. 63, k. 57.
(4) W. Mołodyński, Bieszczadzkie..., dz. cyt., s. 73, 91.
(5) E. Orłowski, W „tiepłuszkach” na Syberię, http://www.bieszczadzka24.pl/.../w-tiepluszkach-na.../5799 [dostęp: 04.12.2020 r.]
(6) G. Zagrobelna, S. Zagrobelny, Las pamięci leśników – ofiar zbrodni katyńskiej, Oleszyce 2016, s. 60, 99; Informacje przekazane przez Edwarda Orłowskiego.